witaj szkoło?

wtorek, 21 maja 2013



Nie wiem, czy też tak macie, że głowę Wam zaprząta sprawa edukacji Waszych dzieci? I nie chodzi tylko o to, w jaki sposób się dziś pobawimy, co poznamy, co moje Szczęścia ciekawi... Pytanie jest mocniejsze, a odpowiedź głębsza. Przynajmniej moją głowę zaprząta myśl, którą szkołę wybrać dla moich Szkrabów. I kiedy głębiej się nad tym zastanawiam, to jawi mi się cały szereg kryteriów, jakie ta szkoła powinna spełniać. 

Myślicie, że ważne jest, jak blisko od domu lub od mojej pracy szkoła będzie tak, abym nie stała się kierowcą własnych Dzieci? No oczywiście, że jest ważne.
Czy ważne jest, jakie zajęcia dodatkowe szkoła Maluchom zaproponuje? No tak, jest ważne.
Czy ważne jest, jak szkoła rozwiąże kwestię jedzenia? No pewnie, że jest to istotne kryterium.
Czy istotnym jest, kto będzie uczył i czego? No jasne, że tak.
Czy ważnym kryterium jest kwestia sportu w szkole i ilość ruchu, jaki Dziecko ma zapewniony? O masz Ci los, oczywiście, że to jest istotne.
Czy otoczenie społeczne i środowisko, z jakiego pochodzą inni uczniowie, jest istotne? No jasne, że jest?
Czy sposób realizacji podstawy programowe ma znaczenie (program, podręczniki etc.)? O tak, to też ma znaczenie.
Czy godziny otwarcia szkoły się liczą? No tak, liczą się.
A sposób funkcjonowania świetlicy i to, co dokładnie moje Dziecko będzie w świetlicy robiło i jak? No jasne, że to też się liczy.
A kontakt z nauczycielami? Czy on tez ma znaczenie? Pewnie, że ma.

I tak szczerze pisząc, mogłabym jeszcze te kryteria mnożyć. Im więcej ich wymieniam, tym więcej mi do głowy przychodzi... Wiecie jednak, co odkrywam, kiedy się nad tematem pochylam i go na różne sposoby trawię? Odkrywam, że jest jedno, podstawowe kryterium, które świadomie przywołuję za każdym razem, kiedy biorę pod uwagę jakąkolwiek szkołę, która w przyszłości mogłaby stać się szkołą moich Dzieci. To kryterium, to dla mnie kamień węgielny wszelkich szkolnych rozważań. Można je streścić w pytaniu: jakiego CZŁOWIEKA kształtuje dana szkoła. Nie ucznia. Nie dziecko. CZŁOWIEKA!

Co prawda temat szkoły mojego Starszaka dotknie na pewno za dwa lata, a nie na pewno za rok. Jednak już dziś przyglądam się tak szkołom, jak i moim Dzieciom. Uważnie patrzę i sonduję, w którym kierunku pójść, aby mieć pewność, że w szkolnym temacie działam najlepiej, jak mogę. Z najlepszą intencją i najlepszym rozwiązaniem.

I wyszłam z założenia, że cokolwiek wymyślę, to potrzebuję to jeszcze sprawdzić. A może sprawdzić, zanim wymyślę... W każdym razie postanowiłam zapytać Starszaka, do jakiej szkoły chce pójść. Okazało się, że temat szkoły jest Gniewkowi bliski z różnych powodów. Od prawie roku Chłopcy chodzą na karate do szkoły i ćwiczą z dziećmi szkolnymi. Dodatkowo rozmowy o szkole są obecne w przedszkolu, bo jedno bądź drugie dziecko będzie w zerówce, więc temat się w grupie, pomiędzy dziećmi, naturalnie pojawia. Po trzecie dziadkowie co i rusz jakiś komentarz szkolny rzucą (głównie są to komentarze typu: "w szkole się już skończy zabawa i trzeba się będzie naprawdę uczyć" ;) ponieważ już mam luz w temacie tego typu komentarzy, więc się nie wypowiem ;)  ). 

Nie wiem, czy zgadniecie, co o szkole powiedział niespełna pięciolatek... Powiedział, że on chce pójść do szkoły takiej, gdzie można się bawić i uczyć tego, co się chce i nie trzeba się słuchać pani i robić to, co ona każe. I coż tu rzec? Zaskoczył mnie ;D Nawet się cieszę z takich kryteriów wyboru - mam podobne, tylko nie wiedziałam, że moje Szczęście też tak myśli; nie przypuszczałam też, że to w ten sposób zwerbalizuje ;)

Okazuje się, że we Wrocławiu ruszają dwie inicjatywy, które wychodzą naprzeciw naszym kryteriom. Szkoły, które stawiają na to, jak przygotować dziecko do życia. Szkoły, które myślą o tym, jakiego CZŁOWIEKA kształtować :D Obu inicjatywom sie przyglądamy, a tam, gdzie możemy pomagamy, bo jest w naszym interesie, aby szkoły odniosły sukces - dzięki temu bęziemy mogli o nich mówić "nasza szkoła" ;)

My się włączyliśmy w proces. Jeśli Ty też jesteś z Wrocławia i myślisz o tym, jakiego CZŁOWIEKA zbuduje szkoła, do której zapiszesz swoją latorośl, to może zaciekawi Cię fakt, że od września rusza pierwsza we Wrocławiu szkoła montessori.

Zapraszam do polubienia i śledzenia strony Szkoły na Facebooku :D

Można też o szkole poczytać na stronie http://www.szkola-montessori.com.pl/

Zainteresowanym powiem tylko, że szkoła mieści się przy Alei Pracy 24 i że naprawdę warto wybrać się na spotkania informacyjne :D




Druga inicjatywa, która we Wrocławiu rusza, a która wpisuje się w nurt edukacji alternatywnej, to szkoła demokratyczna. Więcej można się dowiedzieć zaglądając np. na Facebookową stronę choć, aby poznać ideę (dla tych, którzy jej jeszcze nie znają) polecam filmy o Summerhill. Na początek np. wszystkie części np tego filmiku: http://www.youtube.com/watch?v=LJtFe6jSEQk

Teraz już życzę Wam powodzenia w Waszych rozważaniach edukacyjnych i kto wie, może do zobaczenia na którymś ze szkolnych spotkań informacyjnych :D

READ MORE - witaj szkoło?

myśl konstruktorska kontra materiał geometryczny

wtorek, 9 kwietnia 2013



W pracy z materiałem geometrycznym jedna z pierwszych prezentacji polega na tym, że Dziecko sprawdza, iż pierwszy prawdziwy wielokąt powstaje z co najmniej trzech boków. Cała procedura jest bardzo prosta. Wyjmuje się dwa patyczki, łączy je jedną pinezką tak, aby powstał wierzchołek potencjalnego wielokąta i prosi się Malucha, aby zbudował z tych dwóch patyczków jakikolwiek wielokąt - może zbudować każdy na jaki ma ochotę ;) Później się omawia z Maluchem sytuację i sprawdza wspólnie, ile patyczków jeszcze potrzebuje, aby jakiś wielokąt stworzyć. Następnie wyjmujemy kolejny patyczek i dołączamy tak, aby wciąż linie były otwarte (nie tworzą wielokątu). Znowu omawiamy to, co widzimy... Tak oto dochodzimy do rozumienia, że wielokąt to zamknięta figura zbudowana przynajmnije z trzech boków, z których każdy jest linią prostą.

Bawiliśmy się tak już jakiś czas temu. Żeby zrobić krok naprzód - szczególnie, że Chłopcy sami wyciągnęli "geometryczne patyki" - pytam Gniewka (tak dla przypomnienia):

M: Gniewko, z ilu patyczków możesz zbudować wielokąt?
G: Różnie, zależy od tego, jaki wielokąt będę chciał zbudować... (no i mam za swoje... już dawno temu powinnam się skutecznie nauczyć, że odpowiedź, jaką dostaję jest wynikiem pytania, jakie zadam)
M: A możesz zbudować wielokąt z dwóch patyczków?
G: Mogę.
M: Naprawdę? Myślałam, że do zbudowania wielokąta potrzeba przynajmniej trzech patyczków. Jak można zbudować wielokąt z dwóch patyczków?
G: (zaczyna budować) Z dwóch patyczków to ja umiem nawet kwadrat zbudować. (po czym buduje dalej i wyjaśnia Dobranowi) Dobran, możesz patrzeć. Mama nie wie, jak się to buduje, ale to dlatego, że mama nigdy nie będzie budowała maszyn. Moja maszyna kiedyś ją nauczy, jak się buduje kwadrat, a na razie ja mogę nauczyć Ciebie, chcesz?
D: dobra (i Dobranek zamienia się w posąg, któremu poruszają się jedynie oczy w miarę, jak śledzi każdy następny ruch Gniewka)



I tym sposobem znowu wyszło na to, że moje Dzieci wiedzą lepiej ;) Z resztą gen odpowiedzialny za "wiem lepiej" dostali i od mamy i od taty... Nie ma się zatem co dziwić, że siła "wiem lepiej" w wykonaniu Młodzika i Starszaka jest po prostu porażająca. Przykładów na "wiem lepiej" można by mnożyć w nieskończoność...

Nawet niedaleko trzeba by było szukać... Teraz kiedy skrobię tego posta, Dobran w najlepsze drzemie. Moje Szczęścia, kiedy wracamy z przedszkola, zasypiają w samochodzie (mamy do przejechania całe miasto i jak dodać do tego korki, to najlepszą opcją na drogę powrotną jest sen) i czasem jeszcze kontynuują drzemkę w domu. W samym spaniu nie byłoby nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że Dobran "wie lepiej" ;)


Nie można spać na górze, tylko na dole. Nie wolno rozebrać kurtki. I oczywiście nie na kanapie, tylko na podłodze... Nie zostało mi nic innego, jak Malucha okryć kocem, bo na poduszkę też warczał - widocznie uznał, że jego własne rączki są lepsze ;)


READ MORE - myśl konstruktorska kontra materiał geometryczny

labirynty

piątek, 5 kwietnia 2013



To chyba post o tym, jak małe rzeczy potrafią Małych ludzi cieszyć i jak duzi ludzie moga się tego od Małych nauczyć ;) a przy okazji o tym, jak na nowo pokochać pomoc, której się nie ruszało przez dobry rok... ;)

Pomoc na zdjęciu powyżej, to "czerwone" belki. Jak widać u nas nigdy czerwonymi się nie stały - choć czerwona farba nieprzerwanie, od lat i wciąż na nie czeka ;) Gniewko ostatnie raz belek używał, jak miał fazę na teatrzyk czerwonego kapturka. Jak już je opanował, to żadne rozszerzenia nie wchodziły w rachubę, bo belki stały się po prostu nudne.

Dobran tymczasem na belki ma veto. Jak już po nie sięgnie, to muszę sprawdzić, gdzie jest papuga, bo życie mnie nauczyło, że belka w ręku Dobrana równa się pogoń za papugą... 

Tak było do czasu, aż Gniewko nie poprosił mnie, żebym mu wydrukowała dużo labiryntów. Zajęło mi to jakieś dwa dni, bo trzeba było je jeszcze pościągać z chomików i chomikopodobnych stron, ale w końcu Maluch metodycznie zabrał się za cały plik kartek z labiryntami i labiryntopodobnymi zagadkami.


Mi i tak najbardziej przypadło do gustu rozwiązanie, które labirynty robi samo: PDF maze generator 
Natrafiłam kiedyś na nie, dzięki Marcie i teraz musiałam sobie jedynie przypomnieć, gdzie też ja to widziałam ;)

Od pasji labiryntowej już tylko krok, do powrotu do zapomnianych belek ;) W takiej odsłonie, po belki nawet Dobran chętnie sięga. Jeszcze ich nie ułoży tak, aby labirynt stworzyły, ale po gotowym, bardzo chętnie maszeruje ;)


Nawet się czasem skusi na jakieś zadanie typu "karty pracy". Jak już Gniewko tak długo kwitnie przy stoliku i żadnym argumentem, ani kuksańcem się go od tego stolika odciągnąć nie da, to nie ma rady, samemu także trzeba do stolika usiąść... I co, tylko tak siedzieć? Jak już usiadłem, to coś tam zrobię na tych kartkach ;)


I w ramach fazy na labirynty Chłopcy dopytują, kiedy pójdziemy do parku do "prawdziwego" labiryntu. Ja - niczym zdarta płyta - odpowiadam, że pójdziemy i czekam na odrobinę słońca, by ta wycieczka miała sens ;) A jak już pojawią się pierwsze liście, to przygoda w Parku Brochowskim i w jego grabowym labiryncie, gwarantowana ;)






READ MORE - labirynty

pokaż mi historię

środa, 3 kwietnia 2013

"Pokaż mi historię" powiedziało moje starsze Dziecko. "Chyba opowiedz..." zareagowałam bez zastanowienia (był wieczór i zbliżał się czas wspólnego zasypiankowego czytania, więc pewnie uruchomiłam skrypt 'wieczorne czytanie') i ugryzłam się w język dopiero, kiedy usłyszałam, że to powiedziałam na głos. "Nie, pokaż" odpowiedział (prawie) spokojnie Gniewko. Hmm, chwila zadumy i: "Dobrze, ale będę potrzebowała na to trochę czasu" ;)

Tak się zaczęło i zanim się rozwinęło na dobre, wymagało ode mnie trochę pracy z usystematyzowaniem tego, czym tak naprawdę jest historia oczami Dziecka. Wydaje mi się, że praca przedszkolaka w obszarze historia powinna się koncentrować głównie na tym, by wyrobić koncept upływu czasu, kolejności zdarzeń, powiązań przyczynowo-skutkowych i może trochę pomiaru czasu. Reszta (czytaj: kurs "prawdziwej" historii) będzie możliwa do zgłębiania, kiedy Maluch będzie miał dobrze opanowane te właśnie podstawy. 

O historii u nas już trochę było, ale tym razem zapotrzebowanie Gniewka zaprowadziło mnie do sprawdzenia, co tak naprawdę wiemy i umiemy w tym obszarze, usystematyzowania kilku rzeczy i wprowadzenia nowych. Poniżej znajdziecie kilka aktywności, które działy się u nas na przestrzeni ostatnich kilku miesięcy, a które bezpośrednio lub pośrednio budują u Maluchów reprezentację czasu i jego upływu. A więc po kolei:


SZKIEŁKIEM I OKIEM

Nie wiem, jak Wy, my od czasu do czasu chadzamy do muzeów wszelakich. Szczerze, to są to rzadkie wycieczki, bo za każdym razem napalimy się na zobaczenie czegoś, po czym się okazuje, że zakaz dotykania lub odizolowanie obiektu od zwiedzających psuje nam całą zabawę... Jednak na kilku naszych wycieczkach zakaz dotykania złamaliśmy ;) i było całkiem przyjemnie - niestety czasami (ze względu na charakter ekspozycji) się po prostu tego nie da zrobić :(

Przy okazji takich wycieczek Chłopaki mogą doświadczyć tego, jak np. pakowało się mleko, kiedy mama była mała, albo jaką wiertarką pracował dziadek lata temu lub jak babcia kiedyś mieliła mięso, żeby zrobić kiełbasę ;) Swoją drogą wytłumaczenie Maluchowi, że trzeba było robić kiełbasę lub szynkę samemu, bo w sklepach jej po prostu nie było, graniczy z cudem - taki koncept jest poza zasięgiem Dziecka, które wchodząc do sklepu jest przestymulowane towarem wszelakim ;)


Ponieważ, jak pisałam wyżej, muzea wybieramy, choć ich do końca nie lubimy, więc łowimy też takie atrakcje, jak np. pikniki archeologiczne, na których można ulepić własną figurkę z gliny i wypiec ją w prawdziwym piecu - takim samym, jakiego używali ludzie setki lat temu.


Na takim pikniku można także gotować strawę na ognisku, piec podpłomyki na kamieniu, zrobić krajkę przy użyciu bardka, "popływać w dłubance"


wypalić sobie z gliny własną biżuterię, a także zrobić wiele innych świetnych rzeczy, z których najlepsze i tak są wszelkiego rodzaju gry i zabawy ;) W naszym wykonaniu rekord biły bule:


A kiedy ręce się już zmęczyły (jednak pojedyncza bula waży swoje, a noszone i rzucane w pakiecie, mają jeszcze większy impakt), można zawsze sięgnąć po starodawną grę logiczno-strategiczną, czyli młynek. Gniewko chętnie grał z panią:


Na tyle chętnie, że sam ten widok wzbudził ciekawość Dobrana. Od pewnego więc czasu Chłopcy grali w "drużynie braci"


Pani okazała się sprytna i stanęła na wysokości zadania, bo kiedy na placu boju został sam Dobranek, to pani zaproponowała mu zadanie polegające na sortowaniu pionków na czarne i białe. maluch wprawiony w takich aktywnościach szybko się z zadaniem uporał i szybko też uznał, że pionki są jego...


Nie wiem, czy znacie to spojrzenie w wykonaniu Waszego Dziecka...Ruch ręką znaczy: "jest moje i właśnie to zabieram", a spojrzenie sonduje: "nie wiem, na ile się na to zgodzisz, więc na wszelki wypadek cię poobserwuję" ;)

W konsekwencji całego zajścia mama znowu wyszła na złego policjanta ;) bo się uparła, że pionki oddać trzeba. Życie pewnie byłoby piękne, gdyby nie ci rodzice ;)

Mimo, że niektóre aktywności praktyczno-historyczne lubimy bardziej niż inne, to i tak uważamy, że warto z korzystać ze wszystkich ;)




UPŁYW CZASU NA PÓŁCE

Oprócz aktywności "w tle" mamy też naszą historyczną półkę. Oczywiście półka jest na miarę przedszkolaków, więc znajdują się na niej aktywności przedszkolne właśnie ;) Po pierwsze mamy zegar z kartami. Zegar nie ma wkładanych liczmanów, ale coż - taki tez daje radę ;)


Do zegara dołączona jest książeczka i wyjściowo miała go uzupełniać.


W praktyce, Gniewko uznał, że zegar rzeczywiście potrzebuje książeczki... i była to książka, której ja bym do zegara nie dopasowała ;) Nieśmiertlene (przynajmniej w naszym domu) dinozaury! Na poniższym zdjęciu Gniewko rozłożył karty z mięsożernymi dinozaurami, a w książeczce wybierał zdjęcia roślinożerców. Ci drudzy robili za przekąskę ;) Moje starsze Szczęście ustawiało godzinę na zegarze, po czym obwieszczało głodnemu towarzystwu, że jest czas np. na drugie śniadanie i prezentowało menu; oczywiście prehistoryczne i wciąż żywe - przynajmniej w zabawie ;)




Mamy też pomoc, która razem z wyprawami do muzeów, przybliża czasy babć i prababć. Oryginalną pomoc można znaleźć tutaj. U nas na półce mieszkają wydrukowane zdjęcia i jak mamy na nie ochotę, to się świetnie sprawdzają :) Od czasu do czasu służą też, jako obrazki do wymyślania historyjek i opowieści dziwnej treści. 



Jest też na półce namiastka "linii życia dziecka". Pomoc dostałam będąc na kursie montessori i od tamtego czasu można ją u nas znaleźć. Od tamtego też czasu chodzi za mną projekt fotoksiążek dla Chłopaków tak, aby każdy z nich miał swoją własną linię życia - ślicznie wydrukowaną i zapraszającą do oglądania i wspominania ;) Na razie, jak nas najdzie klimat na wspomnienia, to po prostu przeglądamy zdjęcia... w tym roku jednak chcę się już spiąć i fotoksiążki Maluchom zrobić :D



Także Dobran ma swoje ulubione zabawy na półce historycznej. Jego faworytem są te puzzle:







MIERZENIE UPŁYWU CZASU

Odmierzanie czasu to u nas akurat czynność ważna i warto się na niej znać. Przydaje się najbardziej w dwóch obszarach życia. Po pierwsze do oglądania bajek. U nas jest zasada, że maksymalny dzienny czas bajek / komputera, to 20 minut (zaliczamy wyjątki, kiedy mamy nie ma w domu :( lub kiedy jest, ale chorujemy; w przypadku choroby mama przymyka oko nawet na całodzienne leżenie w łóżku i oglądanie bajek). żeby Maluchy łatwiej się w tym orientowały na ścianie wisi takie coś ;)


I powiem szczerze, że nic tak nie przyspiesza nauki, jak motywacja. Gniewko bardzo szybko opanował, ile jest dwudziestominutówek w godzinie i teraz Spryciarz przelicza sobie, jak skumulować swój "czas telewizji", np. jednego dnia ogląda bajkę, która trwa 10 minut i od razu dolicza pozostałe 10 do swojego czasu dnia następnego...

Drugi obszar życia, gdzie mierzenie czasu jest niezbędne, to mycie zębów. Mama już dawno przestała się łapać na zapewnienia "jestem pewien, że dobrze umyłem zęby". Teraz kryteriami dla dobrego umycia zębów jest subiektywne zapewnienie Malucha oraz fakt, że szczotkowanie trwało minimum 3 minuty ;)






UPŁYW CZASU W KUCHNI

Poniżej Chłopaki robią popcorn. Ja, kiedy patrzę na zdjęcie, to i tak oczu od ich nowych fryzur oderwać nie mogę... Cóż, to na głowie, to nowy wynalazek taty. Chłopcy wyglądają jak Kozacy z Zaporowskiej Siczy. Czekamy aż włosy odrosną i zajmie się nimi profesjonalny fryzjer...



Tymczasem to na patelni, to popcorn. Chłopcy nie bardzo mogą go jeść, ale zrobić, a później np. nawlekać, to i owszem ;) Zanim zaczęliśmy go prażyć, wyjęliśmy stoper i sprawdzaliśmy, w jaki sposób stoper mierzy czas. Później robilismy różne czynności i sprawdzaliśmy stoperem, ile trwały. Na koniec zmierzyliśmy, ile trwa robienie popcornu. Teraz, kiedy nie mogę znaleźć telefonu, to znaczy, że moje Szczęścia, odmierzają czas ;)



KALENDARZ

Nasz kalendarz wciąż rządzi się tymi samymi regułami. Nawet wygląda podobnie ;) więc, jesli chcecie go sobie przypomnieć, to warto zerknąć tutaj. I na zdjęcie historyczne:



W ramach samego kalendarza kilka aktywności udaje nam się robić. Teraz już bardziej "udaje się", bo początkowy zapał nam minął... Podobno w przedszkolu taki kalendarz działa lepiej, bo sama dynamika grupy i interakcje między dziećmi uatrakcyjniają pracę. Cóż i eh i jeszcze kilka westchnień... ;)

Obok kalendarza zdarzy nam się także popracować z kartami księżycowymi:


Czasem impulsem, by po te karty sięgnąć jest zaobserwowany księżyc na niebie, a czasem książka. Ja tam cieszę się na taką pracę w każdej odsłonie, bez względu na bodziec ;)


Jak kalendarz, to także dni tygodnia. W tym obszarze nie tworzyliśmy niczego specjalnego (w znaczeniu żadnej superpomocy), po prostu sięgnęlismy po gotowca, który mi i Gniewkowi pasuje tak długo, jak Dobran nie uzna, że już za długo siedzimy w jednym miejscu... Na wspólne granie ze Starszakiem, gra jest dobra. Może kiedyś i Dobran się do niej przekona ;)






 UPŁYW CZASU BOTANICZNIE

To jest zdjęcie historyczne - jak na temat postu przystało :D Tak Dobran wyglądał rok temu podlewając w przedszkolu rzerzuchę ;)


Tak wygląda dzisiaj podlewając naszą (średnio udaną) uprawę :) Prawda, że jest różnica? :D


A po podlaniu, Dobranek metodycznie zmienia patyczki - smutne buzie można zamienić na wesołe, bo przecież kwiatki się już wody napiły ;) Autorskim urozmaiceniem Dobrana jest to, że każdy patyczek trzeba obmyć z ziemi...





Posialiśmy żołędzie, dziką różę i kasztana jeszcze jesienią. W międzyczasie kasztan nam spleśniał, więc go wymieniliśmy na nowy, a z pozostałymi obiektami naszych obserwacji nie zdarzyło się absolutnie nic. Poszliśmy na żywioł i po prostu włożylismy skarby lasu do doniczek, a ja teraz zachodze w głowę, że może warto było poczytać na ich temat... A może nasiona potrzebują, żeby je porządnie zmroziło, a może muszą najpierw przejść przez czyjś układ pokarmowy, a może... Jak nic z nich nie wyrośnie, to się nauczymy na błędach ;)


Pamiętacie jeszcze nasze rozważania egzystencjonalne nad kukurydzą i fasolą? One także były częścią większego planu, aby zbudować wewnętrzny koncept upływu czasu :)


Wykorzystujemy także inne okazje, kiedy spędzamy czas na łonie natury, do tego, by poobserwować czas. Okazuje się nawet, że rosliny potrafią czas "mierzyć" :) Jak? Wycieczka na grzyby (jedna z wielu z zeszłego, jesiennego sezonu). Zdjęcie paskudne, ale w tle niebywała okazja!


I szczegółowa obserwacja tego, co pień drzewa mówi na temat czasu, jaki upłynął:



Poniżej legenda: przyrost jasny, to wiosna, a ciemny to lato. Dwa pierścienie razem wzięte pokazują jeden rok :)

Później - przy okazji innego grzybobrania - szukaliśmy nie tylko grzybów, ale i ściętych drzew ;) Od tamtej lekcji botanicznej historii trochę wody upłynęło, a tu niespodzianka. Któregoś razu wchodzę do pokoju, a Gniewko liczy, ile lat miały gałęzie, które wyrastały z sęków, co to je widać na naszej podłodze ;)





UPŁYW CZASU ZOOLOGICZNIE

Zoologicznie upływu czasu doświadczamy głównie bawiąc się cyklami życia różnych zwierząt. Pomagają nam w tym figurki, karty, zabawki i zwierzaki oczywiście :) Poniżej Dobran układa cykle życia zwierząt, które wykluwają się z różnych jaj:



Oprócz tego (jak może pamiętacie) na naszych półkach żyją także mrówki i dżdżownice - o dziwo wciąż żyją ;) i mają się świetnie :D Przy okazji standardowych karmień i pojeń - od czasu do czasu (raczej od święta) - zdarzy nam się także ukłądać cykl rozwojowy mrówki:


Wyjściowo wygląda to tak, jak powyżej. Później Gniewko poi i karmi mrówki; Dobran też lubi to robić, choć muszę go przy tym bardzo pilnować, bo ma tendencję do podtapiania ;)


Na koniec porównujemy cykl rozwojowy ułożony z figurek, do tego, co widać w naszym mrowisku. Mrówki są dużo wdzięczniejsze do obserwowania, bo po pierwsze je widać, czego nie możemy powiedzieć o dżdżownicach... a przy odrobinie wysiłku i dobrych chęci można nawet w mrowisku odróżnić poszczególne stadia rozwojowe tych owadów. Jak zakładaliśmy chodowlę, to miała być na chwilę i tylko światopoglądowo, a po czasie okazuje się, że mrówki można nawet polubić ;)


Tak, jak wspominałam, dżdżownice nie są już tak wdzięcznym obiektem obserwacji; przynajmniej w dziedzinie cyklu rozwojowego, bo w innych obszarach są naprawdę rewelacyjne, np. dżdżownice potrafią zakopać klucz, a mrówki nie ;) dżdżownice mieszają ziemię z kolorowym piaskiem, a mrówki nie (przynajmniej nasze tego, nie robią, bo mają mrowisko w korku; w innych warunkach pewnie by robiły) itp.

Trzeba naszym dżdżownicom oddać sprawiedliwość i powiedzieć, że też się skubane mnożą ;) Odkryliśmy to przypadkiem - znaczy nie nakryliśmy żadnej na gorącym uczynku ;) Po prostu któregoś razu w pojemniku dżdżownic zapleśniały nam resztki prosa, które dżdżownicom wrzucamy (to, czego papuga nie zjada, dżdżownicom smakuje, co jest następnym argumentem za tym, że to jednak fajne zwierzaki ;)  ). Chcieliśmy, aby dżdżownice miały u siebie czysto i zdrowo, więc postanowiliśmy się grzyba pozbyć. W tym celu wysypaliśmy całą ziemię wraz z dżdżownicami i umyliśmy dokładnie pojemnik. Przy przesypywaniu policzyliśmy dżdżownice i okazało się, że mamy nie 6, jak początkowo, a 8 i te dwie są króciutkie i cieniutkie ;) Wniosek był prosty - szkoda tylko, że nie było nam dane zobaczyć całego procesu.

Cóż, nadrabiamy to figurkowo ;) a cykl pracy wygląda podobnie, jak u mrówek. Najpierw standardowe pojenie i karmienie:


Później układamy figurki i chwilkę nad nimi debatujemy.


W ramach tych dyskusji okazuje się np. że taki kokon, to nie kokon, bo wszyscy przecież wiedzą, że prawdziwe kokony, to robią motyle ;) No, może nie wszyscy, ale Chłopcy o tym wiedzą, bo motylarnia jest jednym z czołowych punktów naszych wycieczek do zoo.

W zoo jesteśmy średnio dwa-trzy razy w miesiącu (bez względu na porę roku) i nawet jakbym chciała rzadziej, to moje Szczęścia pilnują, aby statystykę trzymać na odpowiednim poziomie ;) Ostatnio, jak wspomniałam, że może zrobimy sobie jakąś inną wycieczkę, bo do zoo jeździmy cały czas, to wymyślili, że w ramach odmiany pojedziemy do zoo tramwajem i autobusem. Po całym dniu w zoo w minusowych temperaturach i tułaniu się komunikacją miejską z dwoma żądnymi przygód, ale na koniec wycieńczonymi, Skarbami, uznałam, że już więcej nie będę apelować o dodatkowe atrakcje ;)

W każdym razie - nawet jeśli teraz trochę marudzę - osobiście wycieczki do zoo bardzo lubię ;) Cieszę się też, że Chłopaków do zwierząt ciągnie :D Tym sposobem takie cuda, jak np. cykl rozwojowy motyla możemy oglądać w praktyce - na różne sposoby, w róznych stadiach i to jednocześnie :)


Motylich figurek nie mamy, ale od czasu do czasu wspomagamy się kartami.

Jeśli komuś zależy na tym, by karty z cyklem rozwojowym motyla, kury, szczupaka, żaby, żółwia, czy dzika ściągnąć, to ja zapraszam do sekcji "materiały dla Ciebie" lub do przyłączenia sie do inicjatywy wymiany materiałów "montessori po polsku" :D

Z cyklu zoologicznych obserwacji upływu czasu, to na szczęście (dzięki sąsiadom) młode kur, gołębi, przepiórek i królików w sezonie obserwujemy na bieżąco :)


A młode innych zwierząt, ich rozwój i zwyczaje, obserwujemy regularnie (nie że codziennie, ale z częstotliwością, która pozwala być na bieżąco i jednocześnie zauważać subtelne różnice), dzięki wycieczkom do zoo. Od października zeszłego roku Dobran dzielnie kibicuje młodej hipopotamiczce ;)


Teraz jest już całkiem spora, dobrze sobie radzi i łatwo można ją w pawilonie zza krat wypatrzyć ale na początku dostrzeżenie jej było wyzwaniem - szczególnie, że mowa o hipopotamie karłowatym ;)

Jakoś tak się stało, że hipopotamy to ulubione zwierzęta Dobrana i w ich pawilonie moje młodsze Szczęście spędza dobre 40 minut. My z Gniewkiem w tym czasie kilka razy pogadamy ze słoniami, odwiedzimy tapiry, przywitamy się z hipopotamami karłowatymi, a Dobran siedzi i patrzy, patrzy i siedzi, a później znowu siedzi i patrzy na hipopotamy nilowe ;) Normalnie fenomen... są chwile, że Dobran się zachowuje, jak opętany - tak go rozpiera energia; jednocześnie przy hipopotamach można się od niego uczyć cierpliwości i uważności - niebywałe!




CZAS I KOSMOS

Kiedy mowa o czasie, to trudno pominąć temat pór roku oraz stref czasowych. Moje Szkraby wcale, ale to wcale nie mają utrwalonych miesięcy, a nawet kolejności pór roku. Konkretne akty i wydarzenia z życia przyporządkowują do pór roku razczej na zasadzie: wówczas jest ciepło / gorąco lub zimno / lodowato. Jak się nad tym głębiej zastanowić i porównać z tym, co się dzieje za oknem, to w sumie trzeba im przyznać rację - zaczynamy funkcjonować w dwóch porach roku: ciepłej i zimnej ;)

Brak utrwalenia tematu nie przeszkadza nam od czasu do czasu zająć się nim w zabawie ;) Pierwsza aktywność, jaką dość często powtarzamy, to sprawdzanie, gdzie jest noc, a gdzie dzień. Ta zabawa jest atrakcyjna głównie dlatego, że można w jej trakcie manewrować latarką w ciemności ;)


Żeby zabawa miała sens zazwyczaj lepimy figurki z plasteliny i jedną przyklejamy tam, gdzie mieszkamy, a drugą przyklejamy tam, gdzie mieszka babcia Gosia. Tym sposobem łatwo można zauważyć, o co chodzi ze strefami czasowymi :) Od czasu do czasu Chłopaków najdzie ochota, by plastelinowe figurki przykleić w innych miejscach, ale wielkiego entuzjazmu w tym temacie nie ma... i tak zawsze wygrywa latarka ;)

Inna nasza aktywność polega na tym, że ustawiamy Słońce na środku dywanu, a dookoła budujemy orbitę z łańcuszków. Przeliczamy, aby w sumie było 365 perełek i Chłopaki chodzą / biegają dookoła śpiewając "musi minąć cały jeden długi rok, zanim Ziemia wokół Słońca zrobi krąg". Normalnie w przedszkolu montessoriańskim śpiewaliby to przy okazji urodzin każdego dziecka. U nas to nie przejdzie, więc radzimy sobie tak ;)



Jak już mamy porozkładane Ziemię, Słońce i orbitę, to czasem przytaszczymy z kalenarza karty miesięcy, kartę kontrolną pór roku i obrazki pozbierane zewsząd z netu (wizerunki wszystkiego, co można dość łatwo przyporządkować od konkrentej pory roku) i działamy ;)


READ MORE - pokaż mi historię

 
 
 

Inspirujące blogi

Inspirujące blogi